To by było na tyle

Wszystko co dobre szybko się kończy…. Zatem i nasza wyprawa dobiegła końca i wczoraj po północy wylądowaliśmy na Okęciu. Niestety nasza podróż powrotna do Polski nie należała do przyjemności. Najpierw 12h planowanego oczekiwania na lotnisku w Istambule na samolot do Warszawy. A potem kolejne 4h siedzenia na pokładzie, ponieważ samolot był opóźniony z powodów technicznych, a lotniskowa kontrola techniczna nie kwapiła się do skontrolowania naszej maszyny.

I jakoś nasza kochana Polska nie powitała nas ciepło. Nie dość że słupek rtęci jest zaskakująco nisko to jeszcze do tego na chodnikach zalega jakieś dziwne białe coś 🙂

Dla osłody szarej rzeczywistości jeszcze kilka fotek ze słonecznego i gorącego Bangkoku.

DSC_5087

DSC_5021

DSC_5091

DSC_5003

 

Reklamy

Znowu w Bangkoku

Na zwiedzanie i zabawę w Bangkoku pozostało nam półtora dnia. Zważywszy jak ogromne jest to miasto, ile jest zabytków i atrakcji to niewiele czasu. Do tego jeszcze musieliśmy spakować rowery, więc czas był mocno ograniczony.

Zaczęliśmy od poszukiwania kartonów do rowerów, a ponieważ w Bangkoku jest kilka sklepów rowerowych tam udaliśmy sie w pierwszej kolejności. Bardzo ucieszyliśmy się na widok kilku kartonów przed sklepem, ale nasze zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy obsługa sklepu zażądała po 100 batów (11 pln) od sztuki! Jakiś absurd żeby płacić za śmieci, ale widać w Azji- królestwie przewoźników wszystkiego taki duży karton jest w cenie. Trudno, co kraj to obyczaj, ważne że rowerki będą bezpiecznie zapakowane. Jeszcze tylko folia kuchenna do owinięcia sakw (strecha nie znaleźliśmy) i taśma pakowa i jesteśmy gotowi.

Na zwiedzanie zabytków nie zostało zbyt dużo czasu, bo większość zamyka się o 16tej, zatem udaliśmy się do…. najwiekszego centrum handlowego Siam Center 🙂 Centrum wybudowane z iście azjatyckim rozmachem (Galeria Mokotów czy Manufaktura prezentują sie przy tym bidnie), a marki typu Channel, Prada, Gucci czy Zegna jakoś nas nie skłoniły do zakupów 🙂 Ale nie zakupy lecz oceanarium było celem naszej wizyty w tym miejscu. Muszę przyznać, że i tutaj rozmach inwestycji nas zaskoczył. Dziesiątki akwariów z pieknymi rybami, krabami, olbrzymią ośmiornicą, meduzami i ogromny basen m.in. z rekinami, przez który przechodziło się tunelem tak, że ryby plywały nad głową. Spędziliśmy tam koło 2h i mimo że Lonley Planet rekomenduje to miejsce jako atrakcję dla dzieci my bawiliśmy się świetnie.

Wieczór spędziliśmy na odwiedzinach w różnych knajpach i barach, których tutaj nie brakuje, ale zaryzykuję stwierdzenie że w Polsce można zabawić się dużo lepiej.

W dniu wylotu zdążyliśmy odwiedzić tylko Pałac Królewski i kilka dużych świąty: Wat Pho z ogromnym leżącym Buddą, Wat Arun z wieżami pięknie zdobionymi chińską terakotą i Wat Taramit z 5.5 tonowym Buddą wykonanym ze złota. Zabytki robiły wrażenie, ale tłumy nie pozwalały cieszyć się w spokoju widokami.

image

image

image

image

Park Khaoyai

Ostatnią atrakcją naszej wyprawy była wizyta w parku narodowym Khaoyai.

Żeby dostać się tam z Ayutthaya musieliśmy pokonać 130km….. oczywiście autostradą. Nie było to zbyt przyjemne, ale sytuację ratowała równoległa „droga techniczna”, po której jeździły motocykle i inne wolne pojazdy. Na szczęście pogoda była łaskawa, słońce schowało się za chmurami a podjazdów praktycznie nie było.

Zarezerwowaliśmy całodzienne zwiedzanie parku z przewodnikiem oraz night safari.
Toyota Hilux z wygodnymi miejscami do siedzenia na pace odebrała nas rano z hotelu i ruszyliśmy w drogę. Samochód zapowiadał jazdę po terenie. Zatem nasze zdziwienie było spore, gdy okazało się że park zwiedza się równiutkimi asfaltowymi drogami. Wszystko jest idealnie oznakowane, w parku są knajpy i toalety. Taki park, ale nie przyrody a rozrywki 🙂 Ludzi cała masa, bo na terenie jest kilka kempingów (na których można wypożyczyć namiot i śpiwór) oraz sporo domków do wynajęcia, a sam park jest bardzo popularnym wśród Tajów miejscem spędzania wolnego czasu. Była też spora ilość kolarzy, którzy na bardzo wypasionych rowerach cały dzień trenowali na niezliczonych i bardzo stromych podjazdach.

Na szczęście nasza wycieczka w poszukiwaniu dzikich zwierząt nie okazała zupełną klapą i nie ograniczyła się tylko do siedzenia samochodzie. Mieliśmy fajnego i zaangażowannego przewodnika, który starał sie wypatrzeć w gestym lesie jakieś formy życia. I tak widzieliśmy kilka gibonów, dwa gatunki jeleni, ogromne wiewiórki, krokodyla i sporo ptaków. Bardzo liczyliśmy na zobaczenie słoni, ale niestety jedyne świadectwo ich obecności to były wszechobecne kupy 😦

image

image

image

Ayutthaya

Dotarliśmy z Sukhothai do Ayutthaya, czyli kolejnej sporej atrakcji turystycznej Tajlandii.

Pierwszy 90-kilometrowy odcinek pokonaliśmy tradycyjnie czyli rowerem. Jechaliśmy bocznymi drogami, wiec ruch był nieduży a i widoczki były całkiem przyjemne. Na szczęście tym razem nie musieliśmy jechać autostradą bo to żadna przyjemność.

Ponieważ dobrze się jechało, udało się nam dotrzeć na dworzec kolejowy i załapać się na dzienny pociąg do Ayutthaya. Kupiliśmy bilety i cierpliwie czekaliśmy na dworcu. Z naszymi bagażami czekały również dwa skutery, rower i kilka kartonów. Jakież było nasze zdziwienie (i irytacja), gdy okazało się że nasze bagaże nie zmieszczą sie w wagonie towarowym. Jak to się nie zmieszczą?! Przecież to Azja! Niestety obsługa miała nas w nosie i nie chciało im się poprzestawiać kartonów (to na prawdę rzadko spotykane) wiec odprawiono nas z kwitkiem. Tragedii nie ma ale następny pociag za 7h 😦 a w mieście nie ma nic ciekawego.

Do następnego pociągu na szczęście zamieściło się juz wszystko, a my stanąwszy w drzwiach wagonu byliśmy lekko przerażeni. Kuszetki ciągnęły sie po obu stronach przez całą jego długość, były przysłonięte zielonymi zasłonkami, a całość robiła średnie wrażenie. Po „rozgoszczeniu się” na pryczach okazało się, że jest sporo miejsca na bagaż, wiatrak daje radę, a pościel jest czyściutka. Zatem długo nie myśląc poszliśmy spać 🙂

Pociag miał godzinę opóźnienia, ale i tak w Ayutthaya byliśmy bardzo wcześnie bo o 4.30 rano. Hotele otworzyły sie dopiero o 6.30, więc było sporo czasu na śniadanie.

Jak się okazało w Ayutthaya jest mnóstwo rzeczy do zwiedzania i jak zwykle dobrze jest to zrobić na rowerze, bo odległości są znaczne. Tutaj nie było już tak sennie jak w Sukhothai, ale za to świątynie dużo bardziej imponujące. Niektóre mogłyby rywalizować z tymi z Angkoru. Infrastruktura na europejskim poziomie, wszystko świetnie oznakowane, kompetentna informacja turystyczna, czysto i porządnie.

Wieczorkiem jeszcze kolacja na night market i piwko nad basenem. Oj się człowiek umęczy tym zwiedzaniem 🙂

Kolejny dzień to 130km i podróż do Parku Narodowego Khao Yai. I to już będzie niestety ostatni punkt programu tej wyprawy 😦

DSC_4595

DSC_4638

DSC_4716

DSC_4717

DSC_4706

Sukhothai

Po przekroczeniu granicy z Tajlandią skierowaliśmy sie do Sukhothai. Droga przeszła nam bardzo spokojnie. Asfalt równiutki. Nocleg na trasie w porządnym hotelu z czystą łazienką (Panowie nawet marudzili, że woda za ciepła i klima za mocno wieje…..).

Co prawda nie było tak zupełnie lajtowo, bo zrobiliśmy w sumie 160km i 1670 m przewyższeń, a odkąd wyjechaliśmy z Birmy zrobiło się jeszcze cieplej. Na trasie ratowały nas nieliczne oazy z cieniem i mrożoną kawą. A muszę przyznać, że Tajowie umieją zrobić dobrą mrożoną kawę i kruszonego lodu do niej nie szczędzą 🙂

W każdym razie po dwóch dniach smażenia się jak na patelni dojechaliśmy do jednej z większych atrakcji Tajlandii, czyli parku historycznego Sukhothai. Park to bardzo dobre określenie. Na sporym, zadrzewionym terenie porozrzucane są stare ruiny świątyń. Najlepiej zwiedzać go na rowerze. Traska ma koło 20km, wiedzie mało uczęszczanymi uliczkami, można posłuchać śpiewu ptaków (jest ich cała masa) i odpocząć od azjatyckiego zgiełku. Ruiny nie są bardzo okazałe, ale jest kilka perełek. Takie pół dnia zupełnego relaksu, bo innych turystów praktycznie nie ma. Drugie pół dnia z przyjemnością spędziliśmy przy zimnych napojach i w klimatyzowanym pomieszczeniu, bo dłuższe przebywanie na słońcu nie jest wskazane.

Żałowaliśmy nawet trochę, ze jesteśmy tacy padnięci od tego upalu, bo w okolicy działa prężna grupa kolarska. Sa wyznaczone trasy MTB i chłopaki umawiają się na treningi. Można by było z lokalsami pośmigać po okolicy, ale nikt już nie miał na to siły.

DSC_4589

DSC_4561

DSC_4524